Blog > Komentarze do wpisu

Nie pies, tylko „piesek”

No i pojawił się temat kastracji... Wchodząc nowe życie, musiałem zmierzyć się z problemem takiej decyzji i negatywnym nastawieniem ludzkich znajomych moje pani. Szczególnie tych płci męskiej. Nasłuchała się, że jest potworem, że robi psu (jako facetowi) krzywdę i że w ten sposób wyżywa się feministycznie...  Więcej bzdur nie zdarzało jej się chyba słyszeć przy żadnej innej okazji...

Pewnie, że były argumenty i za i przeciw.
Pani rozmawiała ze znajomymi psiarzami i pytała o ich psy oraz o rady. Ponieważ jestem kundelkiem, nie zależało ani mi ani mojej pani na przekazywaniu genów, a tym bardziej, że w przypadku jakieś miłosnej psiej afery, byłby to nie kłopot dla pani, tylko dla właściciela jakiejś suczki. Chcieliśmy się też zabezpieczyć się przed moimi ewentualnymi ucieczkami i  pogoniami, które mogłyby się skończyć pod kołami jakiegoś samochodu.
Pani poczytała też o zdrowiu i opanowaniu emocjonalnym psów po kastracji. I wyszło, że decyzja jest dobra*.
Zabieg zniosłem bardzo dobrze i nawet odniosłem wrażenie, że utrata tego kawałka mnie, nie zrobiła na mnie większego wrażenia.

Kastracja była moją druga wizytą u nowego weterynarza. O ile pierwsza przeszła bez obaw, to tym razem trochę się bałem. Musiałem zostać bez pani w obcym miejscu na kilka godzin. O dziwo,  poszło całkiem nieźle. Po zabiegu średnio przytomny i wsadzony w kołnierz zostałem zabrany do domu. W takich sytuacjach, można się przekonać, jak ważne jest dopasowanie gabarytów psa, do  możliwości fizycznych człowieka. Donieść 15 kilogramowego** psa do samochodu, wyciągnąć kluczyki (jednocześnie trzymając psa na rękach), otworzyć drzwi samochodu, ułożyć psa, a potem operacja odwrotna, plus wniesienie psa po schodach...
Dobrze, że pani zdroworozsądkowo wybrała mnie, czyli psa średniej wielkości. Ile razy na spacerze widzę drobne kobiety szarpiące się z, a może lepiej byłoby napisać, „szarpane” przez ogromne owczarki niemiecki, boksery lub malamuty, myślę sobie, że mimo że moja pani jest dość wysportowana i przyzwyczajona do ciężkich zadań fizycznych, to chyba by nie dała rady...

Byłem dzielny. W dwie godziny po zabiegu zlazłem z łóżka i stwierdziłem, że idziemy na dwór siusiać. Wyszliśmy, zrobiłem siusiu, zaczęliśmy wracać i... rozjechałem się na schodach. Resztki narkozy jeszcze dawały o sobie znać.  Ale na drugie dzień o poranku, byłem już zdrowy jak ryba.

I byłoby super, gdyby nie kołnierz, który okazał się niezbędny. Po trzech dniach poruszania, a raczej obijania się w kołnierzu miałem dość. Nie było mowy o bieganiu, czy o zabawie, bo kołnierz zawadzał i sporo czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do brania poprawki na niewygodną przeszkodę. Nic że potykałem się o schody, zawadzałem o ściany i hałasowałem przy tym okrutnie. Najgorsze było to, że nie mogłem się wygodnie ułożyć, ani dobrze spać. W połowie tygodnia rekonwalescencji musieliśmy podjechać do weterynarza wymienić, kołnierz, który też nie wytrzymał.

Pani było straszliwie wstyd, że jesteśmy tak niezdyscyplinowani i zdemolowaliśmy kołnierz w tak ekspresowym tempie. Była sobota rano. Dzień wcześniej nie mogłem już wytrzymać i musiałem trochę pobiegać. Plastik popękał w brutalnym kontakcie z trawnikiem... Dostaliśmy więc nowy kołnierz i poszliśmy na spacerek. Piętnaście minut później byliśmy, czerwieniąc się straszliwie (to moja pani) i machając radośnie ogonem z zadowolenia (to ja), po nowy (trzeci już z kolei) kołnierz. Cóż, zmęczenie materiału... W tej sytuacji przez ostatnie dwa dni, pani zdejmowała mi kołnierz na spacery. Ale efekt był taki, że kiedy wybraliśmy się na zdjęcie szwów, okazało się, że został już tylko jeden. Resztę, nie wiadomo nawet kiedy, dałem radę całkiem profesjonalnie zdjąć sam....

No i teraz, kiedy ktoś na spacerze pyta: „To pies czy suka?”
Pani odpowiada z naciskiem na zdrobnienie: „Piesek”.
Cóż, ludzie jednak są nieczuli na takie niuanse językowe i w popłochu przywołują przypinają na smycz suczki z cieczką, kiedy chcę się pobawić. A ja kompletnie nie wiem, o co im chodzi...

* Abstrahując od zapisu w umowie adopcyjnej, który mówi, że właściciel zobowiązuje się: „zapobiegać rozmnażaniu” (punkt 6.).
**Teraz ważę już 20 kilo, więc wcale nie jest łatwiej.

poniedziałek, 27 lutego 2012, inugami

Polecane wpisy

Komentarze
2012/03/07 18:03:00
Dzisiaj biegałem z Lulu, która jutro tez idzie na sterylizacje...